202 dni…

Jedyną rzeczą która mi zawsze w życiu pomagała było pisanie. Wszystkie słowa które przez lata nie zdołały przejść przez moje gardło, zawsze znajdowały ujście na papierze.
Teraz tak się czuję że chciałabym wykrzyczeć na cały głos wszystko co mi na sercu leży. Mam przy tym dziwne przeczucie że chyba bardzo by mi to pomogło. A przynajmniej by mi ulżyło.
Ciągle zachodzę w głowę i próbuję wykombinować jak raz na zawsze wyleczyć się z tego całego bałaganu.
Mój rozum podpowiada jedyne słuszne rozwiązanie. Tłumaczy mi uparcie że wszystko co się stało to nie moja wina, bo co mogłam zrobić inaczej?
Tak naprawdę myślę sobie, że chciałabym żeby to mnie ktoś tak kochał jak kochałam ja.
A kochałam całą sobą. Tak jak to zawsze robiłam. Byłabym zawsze przy nim. Cieszyła się z każdego sukcesu, wspierała przy dążeniu do celu. Byłam naprawdę gotowa do wszelkich poświęceń bo pierwszy ran- naprawdę po raz pierwszy w życiu czułam że to jest „to”. Kochać go zdawało się być czym absolutnie naturalnym i oczywistym. Do tej pory nikt mnie tak dobrze nie rozumiał, nie czuł mnie, nie widział tak jak on. A ja po raz pierwszy dosłownie przeżywałam całą sobą każdą cząstkę tej drugiej osoby. Nawet nie potrafię dokładnie tego opisać co się działo. Wiem tylko tyle że nigdy nie przeżywałam tak silnych uczuć.
Teraz wiem że takie coś już się nigdy nie powtórzy, a ja nie chcę, naprawdę nie chcę już więcej czuć. Mam wrażenie że każde kolejne „zakochanie” było by zbezczeszczeniem tej jednej wyjątkowej miłości.
Głupie to trochę takie wiem…. Ale jakoś podświadomie bronię się przed każdą nową znajomością, myśl o tym że mogłoby mnie coś łączyć z kimś innym jest po prostu przerażająca.
No i tak mijają kolejne dni a nadal tęsknię i myślę.. I czasem przytłacza mnie świadomość że to wszystko jest już nieodwracalne. Że ja tu tkwię w martwym punkcie, podczas gdy on zapewne już dawno poszedł dalej i pamięć o mnie i o tym co było jest już tylko wyblakłym wspomnieniem.
Dziwne jest to że mimo iż mam pełną świadomość tego że już nie ma się tu czego trzymać.Uczucia nie chcą po prostu ustąpić.
Czasem odnoszę wrażenie że już ledwo się gdzieś tlą, tylko po to by za chwilę wybuchnąć ze zdwojoną siłą.
Tak, po tym wiem że to jest ta jedna jedyna prawdziwa miłość.
Tylko że chyba nie tak miało być.

Jeden roczek więcej…

I tak przybył mi jeden rok więcej. A ja od paru lat nie lubię swoich urodzin.
W taki dzień człowiek się zastanawia nad sobą bardziej niż kiedykolwiek i robi bilans ostatniego roku… Chyba już ostatnio o tym pisałam:)
No i tak się złożyło że z tego bilansowania, rozmyślania, wspominania odczułam dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek to puste miejsce które powstało.
Czasami jest to dla mnie już tak zupełnie absurdalne uczucie że jestem sama na siebie zła. A przede wszystkim właśnie dzisiaj tego nie chciałam.
No cóż… w końcowym efekcie postanowiłam spędzić urodziny z kimś kto mnie kocha taką jaka jestem- czyli sama ze sobą :) Moje ulubione towarzystwo ostatnio ;)
Rozsiadłam się więc z książką w „Big Baba Cupcackes” przy chai latte i babeczce wiśniowej….

Ale żeby nie było że się opycham, dodam że dzisiaj zaliczyłam większą rundkę po parku i skalpel II :)

Niespokojny umysł

Mam w sobie takie coś-nie wiem nadal czy to dobra czy zła cecha- że bardzo dużo rozmyślam i analizuję różne rzeczy. Często nie daje mi to spokoju, zwłaszcza wieczorami. Zwłaszcza nocą.
Jesień, mimo że jest moją ulubioną porą roku, potęguje w jakiś sposób to rozmyślanie. Zapewne można to zrzucić na chłodniejsze wieczory, ponure dni i fakt że szybko robi się ciemno. Jakoś człowiek wycofuje się wtedy wewnątrz siebie.
No i właśnie w ten sposób moje ostatnie wieczory polegają głównie na rozmyśleniach, analizowaniu, wspominaniu… Za niedługo są moje urodziny i dokładnie pamiętam jak to było w zeszłym roku. Bardzo dokładnie pamiętam jak się wtedy czułam i co się działo w moim życiu. I teraz porównuje co się zmieniło.
Pod względem materialnym sytuacja na pewno się poprawiła. To mnie akurat niespecjalnie martwi. Z resztą to jest taki dział życia,który nigdy nie był dla mnie zbytnio ważny. Zawsze poświęcałam się bardziej sferze uczuciowej, mentalnej.
No i tu można powiedzieć jestem w tym samym punkcie co rok temu. Aczkolwiek bogatsza o wiele więcej doświadczeń. Pod wieloma względami zmienił się mój światopogląd, podejście do wielu spraw… Z tym że czasem mam wrażenie że mimo iż są to zmiany które wyjdą mi na dobre, zostawiły też we mnie wielką dziurę.
W ciągu ostatniego roku zdarzyły się różne wzloty i upadki, aż w którymś momencie „upadłam” o jeden raz za dużo co skończyło się wspomnianą jakiś czas temu depresją. Całe szczęście nie jest to żadna ciężka odmiana i można by rzec że w samą porę udałam się po pomoc, zanim ta choroba narobiła większych szkód.
Mimo to pierwszych kilka dni to był koszmar…
Terapia bardzo pomaga. O wiele bardziej świadomie wszystko przeżywam i zaczęłam zwracać uwagę na rzeczy których wcześniej nie widziałam- lub udawałam że nie widzę.
Analizując razem z terapeutą moje dotychczasowe życie, grzebaliśmy niebezpiecznie głęboko w moich wspomnieniach i uczuciach. I oczywiście umyśle. Jest to bardzo niepokojące uczucie bo nigdy nie było wiadomo jakie drzwi tym razem otworzymy. Jakiś czas temu dotarliśmy więc do jednego bardzo ważnego stwierdzenia, które było najbardziej bolesne: Nie ma w moim życiu osoby, która by mnie kochała. Nie ma.
Pomińmy tu oczywiście moje dzieci.
Ale poza nimi jest pusto. Jest to przerażająca świadomość. Gdzieś tam wcześniej obijała się w mojej głowie, ale w momencie gdy z pełną świadomością to wypowiedziałam na głos, to jakby wielki mur runął z hukiem.
I teraz pytanie czy to dobrze mieć świadomość co do takich rzeczy?
Jest zapewne wiele osób na których nie robi to wrażenie. Inni trochę się zmartwią.
Ale są też takie osoby jak ja, których całe życie składa się z gamy różnych uczuć. Które „czują” wszystko co się dzieje. I dla takich osób, fakt że nie ma w naszym życiu nikogo naprawdę bliskiego jest przytłaczająca.
W ciągu ostatnich miesięcy i terapii ,nauczyłam się radzić sobie z tym wszystkim co uważam za ogromny sukces. Zaczęłam o wiele bardziej korzystać z życia i czerpać przyjemność z najprostszych rzeczy. A co najważniejsze, w pewien sposób zaczęłam realizować plany i marzenia które przez długi czas leżały odłogiem.
Jeszcze rok temu wyglądało to zupełnie inaczej.
I to jest ogromny sukces całej tej terapii.
Ale jednak odczuwam pewien brak. To nie jest tak że tęsknię za jakimś związkiem, małżeństwem czy coś podobnego. Bardzo dobrze czuję się mając swoją swobodę którą nauczyłam się wykorzystywać do maksimum. Jednak jak wspomniałam jestem osobą bardzo uczuciową i brakuje mi osoby z którą mogłabym dzielić się tymi uczuciami. Mam po prostu silną potrzebę posiadania w swoim życiu osoby której z rana będę mogła opowiedzieć o tym co mi się przyśniło, a wieczorem o tym co na ulicy widziałam, czym mnie szef wkurzył, na jaki pomysł wpadłam, itp.
Gdy raz dotknęło nas takie szczęście, tym mocniej boli gdy go zabraknie.
Tak i z kolei najgorsze w tym jest to że pamiętam. Zawsze wszystko dokładnie.
Kilka lat temu pewien przyjaciel powiedział mi że dobre we mnie jest to że pamiętam o ludziach których w życiu spotkałam, nawet gdy ci o mnie zapominają.
Czasem wcale nie jestem pewna czy to naprawdę takie dobre.

Jak już wspominamy to podzielę się piosenką, którą równo rok temu często słuchałam. Dzisiaj również bardzo pasuje.

Happy thing

Właściwie to jest to szczęście dnia wczorajszego- ale wczoraj nie miałam już ani siły ani natchnienia żeby o tym napisać.
Więc wybrałam się wczoraj w góry, do Wisły i do Żywca. Ostatnio nigdzie nie czuję się tak dobrze jak na szlakach lub siedząc po prostu na jakimś szczycie. Stało się to dla mnie pewną formą terapii. Gdy maszeruję, mój umysł kompletnie się wyłącza co jest bardzo przyjemną odmianą po kilku bezsennych nocach spędzonych na przemyśleniach, analizowaniu itp. Natomiast gdy dojdę do celu i siadam gdzieś na szczycie żeby odpocząć, zaczynam układać wszystkie swoje myśli w jakąś sensowną całość. Zawsze mam też przy sobie pamiętnik, który jest dla mnie pewnego rodzaju przenośnym terapeutą : )
Wczorajszy dzień był więc pod tym względem taki sam. Wybrałam się na tą wycieczkę z premedytacją, ponieważ miałam kilka rzeczy które chciałam przemyśleć nim podejmę jakiekolwiek decyzje.
Jednak pomijając wszelkie kwestie rozmyślań itp. czuję się w górach po prostu niesamowicie dobrze.
Wchodząc na Baranią Górę byłam jedyną osobą na szlaku. Panowała kompletna cisza. Było chłodno, ale powietrze cudownie pachniało deszczem. Przyłapałam się na tym że idąc, uśmiechałam się pod nosem sama do siebie :)
Z późniejszą godziną pojawiało się niestety coraz więcej ludzi. A gdy już dojechałam na Górę Żar zalała mnie na szczycie fala turystów. Zrezygnowałam więc z obiadu wewnątrz restauracji tylko usiadłam na tarasie. Wyziębiło mnie kompletnie ale mogłam przynajmniej w zupełnej ciszy napawać się widokiem.
Towarzyszył mi oczywiście mój cudowny pies, który jak mi się zdaje stał się wielkim fanem naszych wędrówek ponieważ przez cały czas biegał i skakał jak opętany : )

Linsia

O kurczaku z uszami i o króliku bez… czyli na czym polega miłość:)

Tytuł brzmi trochę dziwnie, ale chodzi tu o dwa filmy które ostatnio obejrzałam.
Polskie tytuły brzmiały : „Miłość z przedszkola” i „Miłość z przedszkola 2″.. Zdecydowanie wole oryginalne tytuły „Keinohrhasen” (czyli królik bez uszu) oraz „Zweiohrküken” (kurczak z dwoma uszami) : )
Bardzo ciepła komedia o miłości, którą każdemu polecam- jeśli możliwe obejrzeć w oryginale, bez polskiego lektora.
Osobiście wolę niemieckie filmy, które w porównaniu do polskich nie są takie płytkie, przerysowane i pełne głupkowatego humoru.
Jak dla mnie oba filmy mają niesamowitą atmosferę i co najważniejsze, maja jakiś przekaz. W fantastyczny, pełen humoru sposób pokazano co tak naprawdę w związku jest- a przynajmniej powinno- być najważniejsze.
Nie ma związków idealnych ani ludzi którzy idealnie do siebie pasują. Ale ważne jest jak ludzie do tego podejdą. W tych filmach właśnie bardzo fajnie pokazali, że mimo różnic- można się do siebie dopasować, a nawet uzupełniać. Ale co najważniejsze: trzeba rozmawiać, trzeba nad związkiem pracować, trzeba chcieć i trzeba walczyć o tą drugą osobę. Nawet jeśli pojawiają się przed nami problemy.
Tak patrząc na swoje doświadczenia oraz na to co dzieje się wokół mnie, łatwo dostrzec że tego właśnie obecnie brakuje….
Ludzie wiążą się ze sobą z zupełnie fałszywych powodów, a gdy pojawiają się problemy- po prostu się poddają. To jest trochę smutne..Wiem o czym mówię bo sama tego doświadczyłam.
A tak naprawdę mogłoby być tak łatwo. Według mnie cała tajemnica udanego związku polega na tym żeby znaleźć osobę, która będzie dla nas wsparciem w każdej chwili, zaakceptuje nas takimi jakimi jesteśmy no i oczywiście będzie miała takie same podejście do kwestii miłości i partnerstwa jak my :)
Nie są to tak naprawdę żadne wielkie wymagania. Przykładowo chodzi o to, żeby ta druga osoba nas nie ograniczała. W niczym. Często się zdarza że rezygnujemy z jakichś rzeczy bo nie bardzo pasują one partnerowi i domaga się od nas abyśmy z czegoś zrezygnowali. I to jest wielki błąd. Ja sobie obiecałam że nigdy już nie będę rezygnowała z czegoś co lubię lub czegoś co chcę zrobić. Chyba że sama zadecyduje że chcę i że warto dla tej jednej osoby dokonać zmian.
Może i brzmi skomplikowanie ale wcale tak nie jest:)
Po prostu warto poczekać na tą właściwą osobę która da nam to poczucie że możemy być w 100% sobą.
Znam to uczucie gdy ma się przy sobie osobę z którą wszystko co się robi jest takie absolutnie naturalne.
I właśnie to chcę znowu odnaleźć.
I Wam też tego życzę :)

Linsia

Nie bądźmy obojętni.

Miałam wczoraj dość nietypowe i zarazem przerażające przeżycie.
Stałam w kolejce w banku gdy naraz pewna Pani która stała obok mnie, padła na ziemię niczym kłoda. Jej ciało całe zesztywniało a po chwili zaczął się atak drgawek.
Pierwszy raz w życiu miałam do czynienia z taką sytuacją.

Kilka lat temu uczęszczałam na kurs pierwszej pomocy i pamiętałam jeszcze co trzeba zrobić w takiej sytuacji. Mimo to byłam przerażona i dosłownie bałam się tej kobiety dotknąć, ale ciągle słyszałam wewnątrz siebie głos że muszę coś zrobić.
Oprócz mnie na pomoc przybyły dwie pracownice banku. Razem czekałyśmy na przyjazd karetki i starałyśmy się uspokoić tą kobietę gdy ocknęła się po ataku.

Jednak najsmutniejsze było to że w baku było pełno ludzi, ale wszyscy trzymali się z daleka i pełnili rolę typowych „gapiów”. Pewien Pan który stał w pobliżu gdy ta kobieta upadała, spojrzał na nią tylko i z kpiną zapytał „a co tej?”. Fakt, owa Pani wyglądała na zabiedzoną kobietkę, ale nie znaczy to że nie zasługuje na pomoc. Nie można zakładać z góry że ktoś, kto wygląda na osobę biedną, jest pijakiem i zatacza się z powodu alkoholu. Nie wiemy przecież czy ta osoba nie jest chora i nie potrzebuje naszej pomocy.

Jest takie mądre przysłowie, że wszystko co dajemy innym wraca do nas ze zdwojoną siłą. Dlatego uczmy się pomagać innym, bo nigdy nie wiadomo czy któregoś dnia to my nie będziemy tą osobą która będzie potrzebowała pomocy.

Przy okazji tej sytuacji poszukałam w internecie informacji dotyczących udzielania pierwszej pomocy. Kurs przeszłam kilka lat temu i pewne informacje mi uciekły. Jednak uważam że każdy powinien mieć przynajmniej minimalne pojęcie o tym jak w razie potrzeby może komuś pomóc.

http://www.pierwszapomoc.net.pl/index.php

Zachęcam do przeczytania!

Linsia

Co się robi gdy się nie może spać….

Niestety dopadła mnie dzisiaj jedna z bezsennych nocy. Najgorsze w tym jest to że to akurat w poniedziałek niewyspana chodzę!
Tak sobie noc powoli mijała,a ja da zabicia czasu to czytałam,to uczyłam się włoskiego, to na drutach robiłam (nauczyłam się w zeszłym roku i od tej pory walczę z szalikiem).
Po kilku godzinach umysł jednak na niczym nie potrafi się skupić i myśli zaczynają uciekać w różnych dziwnych kierunkach… Staram się w takich momentach jakoś wyłączyć umysł co nie zawsze się udaje.
Jednakże tym razem skuteczna okazała się ciepła kąpiel -o godzinie 5 rano- i słuchanie przez słuchawki muzyki klasycznej…
No ale jako że już było za późno/za wcześnie by się położyć, postanowiłam wykorzystać tak wczesny poranek do ćwiczeń.
Wiem że już spory czas nic nie pisałam na ten temat, więc nadrabiam:
Dzisiaj dla odmiany postanowiłam zrezygnować z ćwiczeń Chodakowskiej i zamiast tego wypróbowałam zestaw ćwiczeń od sławnej Mel B.
Jakoś zawsze mnie śmieszy gdy gwiazdy i celebryci bawią się w fitness-guru. Ale jako że i tak nie miałam co robić o takiej wczesnej porze, pomyślałam sobie „czemu by nie?”.
Wyszperałam na jakiejś stronie akurat zestaw ćwiczeń na brzuch i całkiem niechętnie przyznaję że nawet mi się spodobało.
Dla ciekawych wrzucam link:

http://www.youtube.com/watch?v=2vqhhaYkDiI

Po takiej rozgrzewce wybrałam się standardowo pobiegać do parku i tu jeszcze dodam że korzystam z mojego nowego odkrycia (to znaczy JA dopiero co to odkryłam, reszta świata już pewno od dawna o tym wie): aplikacji z Nike do biegania. Miałam tam jakieś inne wcześniej na telefonie zainstalowane, ale muszę powiedzieć że z tą mi się najlepiej ćwiczy. Bardzo dokładnie trasę zaznacza i oblicza, a dodatkowo zawiera kilka fajnych funkcji extra.
Kto jest dumnym posiadaczem telefonu z androidem, może pobrać aplikację bezpłatnie oooo tu:

https://play.google.com/store/apps/details?id=com.nike.plusgps&hl=pl

A tak na marginesie dodam że cudownie się dzisiaj biegało. Może i za ciepło nie było, ale za to powietrze w parku cudownie pachnące po deszczu, lekka mgiełka na około i -co najważniejsze- żadnej innej osoby naokoło :D

Życzę Wam udanego startu w nowy tydzień!
Linsia

Todays happy thing…

Jak już ostatnio pisałam, postanowiłam sobie trzymać oczy szeroko otwarte i szukać codziennie za -choćby i małymi- powodami do szczęścia.
Gdy jest się w dołku bardzo ciężko docenić takie momenty, które normalnego człowieka by uradowały. Ciężko się zmotywować. Wszystko jest szarobure.
Trzeba się w pewnym sensie nauczyć na nowo cieszyć z różnych rzeczy.
Zastanawiałam się nad kilkoma rzeczami. Nie potrafiłam się zdecydować o czym tu napisać. Ale znalazłam :)

I tak oto te kilka babeczek było moją radością :) I nie, nie chodzi tu o radość z objadania się ;)
Z tymi babeczkami przyszłam w sobotnie po południe do moich rodziców u których przebywa obecnie siostra mojej mamy, która na co dzień mieszka za granicą.
Przy kawie i owych smakołykach zaczęły się wspominki, przeglądanie starych zdjęć… Przypomniał mi się okres dzieciństwa, który kojarzy mi się głównie z zapachem kawy. Zawsze gdy przyjeżdżała do nas rodzina, wszyscy siedzieli całymi dniami przy kuchennym stole a w całym domu pachniało kawą (uwarunkowane genetycznie uzależnienie od niemieckiej kawy).
Teraz takie spotkania zdarzają się bardzo rzadko i bardzo się cieszę, że nadarzyła się znowu okazja na spędzenie takiego dnia przy kawie i pogadankach.
Na co dzień jestem zawsze gdzieś w biegu i trochę zapomniałam jak dobrze jest usiąść czasem w miejscu i spędzić czas z rodziną…. przy tak niesamowicie dobrych babeczkach :D

Back in time…

Przypadkowo odnalazłam dzisiaj na dnie szafy pudło z pamiątkami.
Od lat mam taką małą manię na zbieranie różnych rzeczy, czasem naprawdę drobnostek, które przypominają mi różnych ludzi, miejsca lub zdarzenia.
W pudle odnalazłam stare listy, broszkę i podwiązkę ze studniówki, karneciki, pierwszy smoczek syna, bilety, pamiątkę ze chrztu a nawet saszetkę z cukrem z pierwszej randki. Dziwnym trafem akurat ta saszetka jest moją ulubioną pamiątką, jest na niej cytat: „W słońcu ukryta jest słodycz życia”… Coś w tym jest :)
Grzebiąc więc tak we wspomnieniach, pomyślałam o tych wszystkich rzeczach które mnie w życiu spotkały oraz o ludziach których poznałam.
Na co dzień nie myślę o tym, ale tak naprawdę miałam w życiu dużo szczęścia.
Jak gdzieś tam wcześniej wspominałam ostatnie miesiące nie należały do najlepszych. Będąc w depresji- nawet tej lekkiej- człowiek nie jest po prostu w stanie myśleć o pozytywnych rzeczach. Ciągle siedziałam na kanapie pogrążając się coraz bardziej we własnym smutku. Teraz jest już oczywiście o wiele lepiej. A to niesamowite pudło jeszcze bardziej podtrzymało mnie na duchu:)
Takie wspominki przypomniały mi o tym by zwracać większą uwagę na to co mnie na co dzień spotyka. Codziennie możemy napotkać jakieś „małe radości” i myślę że właśnie to jest najważniejsze. Ważne żeby dostrzec nawet te najdrobniejsze przyjemności, zbierać takie cenne chwile, schować je do własnego pudła- żeby móc wrócić do pięknych wspomnień w te gorsze dni :)

Dorzuciłam obecnie do pudła bilety z różnych muzeów z Monachium, długopis który dostałam od kierowcy autobusy którym jechałam do Niemiec, wstążkę butelki domowej roboty ajerkoniaku którą dostałam od wyjątkowego przyjaciela :)

I tak sobie pomyślałam że takim dobrym przepisem na szczęście, będzie szukanie codziennie jakiejś „dobrej rzeczy”. W miarę możliwości będę wrzucała zdjęcie owego pozytywu :)

Jeśli ktoś gdzieś tam w szerokim nieskończonym uniwersum przeczyta ten wpis i poczuje potrzeba podzielenia się tym co sprawia mu radość- serdecznie zapraszam ;)

Pozdrawiam
Linsia

Beyond my control…

Wiecie jak to jest gdy w jeden dzień rozpiera was energia, a w drugi wszystko się wali na głowę? I macie wrażenie że nagle straciliście kontrolę nad wszystkim?
Ja przez ostatnie tygodnie byłam pewna że wypracowałam sobie przepis na swoje własne szczęście. Czułam się silniejsza i szczęśliwsza niż kiedykolwiek…
I nagle przyszedł poniedziałek.
Wszystko co mogło pójść źle- poszło źle.
Jakie to okropne uczucie stracić nagle całą swoją pewność siebie. Siedziałam pół wieczora pełna strachu, starając się powstrzymać łzy.
I jestem na siebie okropnie zła bo pierwszą osobą do której się zwróciłam był A.

Czytam właśnie książkę „Jedz, módl się, kochaj”. Odnalazłam dziś w niej jeden cytat, który natychmiast wypisałam na swoim lustrze: „(…) Mam większą moc niż Przygnębienie i więcej odwagi niż Samotność i nic nigdy nie wyczerpie mych sił.(…)”- E. Gilbert

Myślę że warto mieć to zdanie przed oczami, właśnie w chwilach takiej słabości.

Dobranoc- miejmy nadzieję że gdy rano się obudzę świat będzie lepszy.

Linsia